Jak wygląda ciemna strona budżetu partycypacyjnego?

Zapraszam na rozmowę z Dr Justyną Kościńską, którą odbyliśmy w ramach 78. odcinku Urbcastu.

Marcin

Cześć Justyna, dziękuję za to, że zgodziłaś się porozmawiać i podzielić swoimi obserwacjami związanymi z budżetem obywatelskim. 

Justyna

Dziękuję za zaproszenie. Jest to temat, któremu się przyglądam i który na bieżąco śledzę, więc bardzo chętnie o tym porozmawiam.

Żebyśmy mogli mieć też tło do naszej rozmowy, chciałbym zacząć od wyjaśnienia, czym właściwie jest budżet obywatelski. Ta instytucja funkcjonuje w Polsce już od około dziesięciu lat. Był to rok 2011, kiedy to budżet obywatelski pojawił się po raz pierwszy w Sopocie i od tego czasu, przez ponad dekadę, został wprowadzony w ponad trzystu dwudziestu miastach i osiągnął niemalże pół miliarda złotych skumulowanego budżetu (tak przynajmniej wynika z raportu „Partycypacja publiczna” Marteli i Pisteloka). Wytłumaczmy, czym w ogóle jest budżet partycypacyjny.

Jest to mechanizm bądź metoda, której założeniem jest możliwość współtworzenia przestrzeni miejskiej bądź instytucji miejskich przez obywateli tudzież użytkowników. Jest to możliwość decydowania o budżecie związanym z danym obszarem. Uważa się, że jest to najwyższy, czy też najlepszy poziom partycypacji. To umożliwienie obywatelom współdecydowania o wydatkowaniu części środków z lokalnego budżetu. Zanim przejdziemy do szczegółów, chciałabym powiedzieć, że budżet partycypacyjny czy obywatelski, choć dotyczy przede wszystkim miast, tak naprawdę może funkcjonować wewnątrz dowolnej instytucji. Tutaj w mojej uczelni macierzystej, czyli na Uniwersytecie Warszawskim, również odbywały się edycje budżetu partycypacyjnego, w których każdy członek i członkini społeczności akademickiej mógł\mogła swoją propozycję zgłosić. Ostatnio spotkałam się też z propozycją wprowadzenia tego mechanizmu do szkół, by uczniowie i ich rodzice mogli również zgłaszać swoje projekty.

Myślę, że to dobry pomysł, by uczyć „od małego” o społecznej i obywatelskiej odpowiedzialności dotyczącej angażowania się w sprawy swojego miasta czy nawet na niższych szczeblach – w sprawy miejsc nam bliskich takich jak szkoła. Skoro już mówimy o zaangażowanej postawie obywatelskiej, to często w tym kontekście pojawia się właśnie określenie „budżet obywatelski”. Czy to jest to samo, co budżet partycypacyjny? Czy możemy tych pojęć używać zamiennie?

Tak – na gruncie polskim te pojęcia są jak najbardziej używane zamiennie. W Warszawie na początku był to budżet partycypacyjny, a teraz raczej mówi się o nim obywatelski. Chodzi poniekąd o względy praktyczne – dużo łatwiej jest wymówić „budżet obywatelski” niż „partycypacyjny”. Chyba dlatego nastąpiła ta zmiana. 

Ok, czyli jest to kwestia wygody. Myślisz, że słowo „partycypacyjny” może też sprawiać wrażenie, że mamy do czynienia z czymś skomplikowanym, natomiast „obywatelski” – że jest to już coś bliższego, łatwiejszego nie tylko do wymówienia, ale i do zrozumienia?

Tak, na pewno znacznie łatwiej wymówić „obywatelski” [śmiech]

Fot. leah hetteberg

No dobrze, skoro już wiemy, czym budżet partycypacyjny czy obywatelski jest, możemy opowiedzieć trochę o historii tego przedsięwzięcia. Budżet obywatelski pojawił się po raz pierwszy w Ameryce Południowej, w Brazylii, a dokładnie w mieście Porto Alegre. A wydarzyło się to w roku 1989. My oczywiście w tym roku w Polsce mieliśmy różne inne problemy, wyzwania i transformacje, dlatego ta idea dotarła do nas niemal z dwudziestoletnim opóźnieniem. Temat ten stał się jednak bardzo popularny. Czy wiemy, dlaczego właśnie tak się stało? Dlaczego budżet obywatelski wniósł powiew świeżości do partycypacji w naszych miastach w Polsce?

Sądzę, że pierwsza edycja budżetu partycypacyjnego w Sopocie i inicjatywy w innych samorządach w kraju zbiegają się ze szczególnym momentem w historii Polskich miast – chodzi o swego rodzaju ponowne narodziny aktywności społecznej. Od roku 2010 pojawiają się ruchy miejskie, które zdobywają coraz większą popularność, a świadomość miejskości zaczyna się rozwijać. Wielu badaczy zajmujących się tym fenomenem zastanawia się, dlaczego wydarzyło się to akurat wtedy. Paweł Kubicki – badacz ruchów miejskich – wiąże to z silniejszą integracją z Unią Europejską, a także ze zmianą generacyjną. Coraz więcej osób żyje w miastach i odczuwa związek ze swoim miejscem urodzenia czy zamieszkania. Ludzie zapragnęli dążyć do tego, by ich miejscowości stawały się jak najlepszymi miejscami do życia i szeroko pojętego funkcjonowania. Moim zdaniem budżet partycypacyjny dobrze wpisał się w ten moment dziejowy: rozwoju różnego typu stowarzyszeń i chęci partycypacji w życiu miasta. Skądinąd sukces budżetów partycypacyjnych ośmielał coraz to kolejnych włodarzy do prowadzenia tej idei w swoich miastach. Widząc, jaką popularnością cieszyły się tego typu przedsięwzięcia, mogli uznać, że jest to dobry sposób na zdobycie większego poparcia wśród mieszkańców, a przy okazji – sposób na wyzbycie się części odpowiedzialności (o czym porozmawiamy później). Natomiast od około czterech lat realizacja budżetu jest obowiązkowa w gminach miejskich na prawach powiatu, przy czym inicjatywy tego typu mają miejsce też w wielu innych ośrodkach. Ogólnie rzecz biorąc, Polacy bardzo polubili ideę budżetu partycypacyjnego.

Rzeczywiście – mam wrażenie, że od momentu wprowadzenia ten pomysł zyskał bardzo dobry PR. Ta inicjatywa trafiła na podatny grunt – ruchów miejskich i kształtowania się zaangażowanej postawy obywatelskiej. Głośno było o niektórych projektach realizowanych w poszczególnych miastach, aż w pewnym momencie włączyła się w to także Warszawa. Ale czy wszystko w tym temacie jest takie piękne i kolorowe? Czy aby w pewnym momencie skuteczność i popularność tej idei nieco nie osłabły? W ostatnich latach można zaobserwować spadek frekwencji uczestnictwa w projektach partycypacyjnych.

Był to raczej proces, nie żaden szczególny moment w historii Polski. Ja akurat najlepiej znam Warszawę – spadek liczby osób głosujących w projektach rzeczywiście był w pewnym momencie spory. Miasto podejmowało rozmaite kroki – próbowało odświeżyć tę formułę, zmieniając poszczególne zapisy, starając się jeszcze bardziej zaangażować mieszkańców. Choć zabiegi te przyniosły pewien efekt, to faktycznie z biegiem czasu zaczęły ujawniać się problemy dotkliwe dla mieszkańców. Jest pewne proste wytłumaczenie tego zjawiska: bardzo dużą popularnością cieszyły się projekty „zielone” – wszelkiego rodzaju nasadzenia. Niestety w pewnym momencie zwyczajnie zaczęło się kończyć w miastach miejsce na tego typu projekty. Skończyły się też pomysły – obserwowaliśmy swego rodzaju mody (np. na łąki kwietne), które przeminęły. Przyczyny są różnorodne.

Czyli uważasz, że „nasyciliśmy się” już tymi projektami często związanymi z małą architekturą, czyli np. ławkami, skwerami czy drzewami? Wydaje mi się, że brakowało nam tego w polskich miastach. Myślisz, że przez te kilka lat „najedliśmy się do syta” możliwością decydowania o tym, czy w danej okolicy powstanie mały skwer i ławka, że aż nam to spowszedniało?

Z jednej strony – tak. Z drugiej – istnieje szereg problemów, o których nie możemy zapominać. Globalnym problemem partycypacji w życiu miast jako takiej jest to, że bardzo szybko owo narzędzie zaczęło być wykorzystywane do uzupełniania braków infrastrukturalnych. A tymczasem zadania te powinny pozostać w gestii samorządów. Według mnie projekty w budżecie obywatelskim powinny stanowić pewnego rodzaju wartość dodaną,  powinny być dodatkowym „umilaczem przestrzeni”. Innymi słowy: budżet obywatelski stał się narzędziem do łatania dziur w drogach czy budowania ścieżek rowerowych (w bardzo dużych ilościach), a nie do realizacji rzeczywiście dodatkowych projektów takich jak organizacja wydarzeń, tworzenie placów zabaw dla dorosłych czy ogółem –  urozmaica życie mieszkańców. I ten właśnie problem jest wskazywany w wielu opracowaniach. Narzędzie, jakim jest budżet partycypacyjny, może zostać wykorzystane do pozbycia się odpowiedzialności. Samorządy poprzez swoje działania zdają się mówić: „My już nie będziemy dbać o stan dróg czy o zieleń, bo wiemy, że, tak czy owak, mieszkańcy zawnioskują o nie w budżecie, więc można zepchnąć na nich odpowiedzialność, bo to oni przecież mają decydować”. To nie jest problem wyłącznie samego budżetu – tego typu zarzuty można by też postawić konsultacjom społecznym. Również kiedy należy podjąć trudną decyzję, która nie zyskałaby dużej popularności, władza może zdecydować się na wykorzystanie tych mechanizmów – „Przecież macie konsultacje, macie budżet”. A to samorząd powinien podjąć jasną decyzję.

Fot. Antenna

Tutaj dochodzimy do sedna naszej rozmowy, czyli budżetu partycypacyjnego jako narzędzia, które, zamiast angażować i wzmacniać postawę obywatelską, staje się „zapychaczem dziur” i sposobem decydentów na zrzucenie odpowiedzialności na obywateli. Wspomnijmy o „Koszmarze partycypacji” – książce niemieckiego architekta Markusa Miessena, który pisze, że budżet partycypacyjny może stać się paradoksalnie przeciwieństwem wzmocnienia sił obywatelskich i sprawczości mieszkańców. Powiedzmy wprost, że jest to iluzoryczne sprawowanie władzy przez obywateli. To mi najbardziej w tym przeszkadza – budżet obywatelski ma bardzo dobry PR, jest mocno wypromowanym narzędziem, a jednak najczęściej działa on tak, że przeznacza się tylko 1% budżetu miejskiego na realizację projektów obywatelskich. To chyba nie jest zbyt wiele?

Może nie będzie to zbyt popularna opinia, ale – jeśli chodzi o wspomniane wcześniej dodatkowe inicjatywy i uwzględniając ograniczenia, jakim podlega to narzędzie (np. konieczność realizacji projektu w ciągu jednego roku kalendarzowego) – 1% budżetu miasta to wciąż dosyć sporo. Jeżeli spojrzymy na Warszawę, to jest to kwota około stu milionów złotych (dla wszystkich dzielnic). To nie jest mało. I faktycznie realizację tych projektów mają miejsce, mieszkańcy mogą zgłaszać swoje pomysły. Być może gdyby było większe zainteresowanie, więcej zgłoszonych projektów, więcej osób głosujących, dłuższy czas ich realizacji – wtedy może ta kwota byłaby nie tak imponująca. Ale w takim wymiarze, w jakim ten budżet obecnie działa, ta kwota jest wystarczająca. Problemu szukałabym nie tyle w samej kwocie, co w przebiegu konsultacji i realizacji projektów. Poza tym nie ma jednego modelu budżetu obywatelskiego – w każdym mieście może on trochę inaczej wyglądać. Są pewne podstawowe założenia, które taki budżet musi spełniać, ale już to jak w praktyce zostanie on wdrożony – zależy od decyzji poszczególnych samorządów. Zróżnicowanie jest duże, ale nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w większości samorządów jest to swego rodzaju plebiscyt, czyli są projekty, patrzymy na nie i głosujemy na to, co się nam najbardziej podoba. Bardzo często patrzy się tylko na tytuł albo na krótki opis, ewentualnie, jeśli coś nas bardziej zainteresuje, to wchodzimy w długi opis, zastanawiamy się i oddajemy głos. Tymczasem wskazuje się, że w idealnym modelu (również o wiele bardziej kosztownym i trudniejszym do realizacji) wskazana byłaby pełna deliberacja, czyli każdy projekt jest tworzony poprzez dyskusję mieszkańców, i w ten sposób należałoby się decydować na oddanie głosu. Miałby to być proces w pełni inkluzywny, mający przełożenie na ostateczny kształt projektów i ich realizację. Znalazły się też miasta, które podjęły kroki, by w ten sposób realizować budżet obywatelski – np. Dąbrowa Górnicza czy Gorzów Wielkopolski. Tam faktycznie ten proces wygląda inaczej w porównaniu, chociażby z Warszawą, gdzie budżet dla wielu osób ogranicza się do oddania głosu. 

Przytoczyłaś przykład Warszawy, gdzie ten 1% to bardzo duża kwota. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę mniejsze miasta – jak choćby wspomniana Dąbrowa Górnicza – to 1% daje o wiele mniejszy budżet obywatelski. Oczywiście w mniejszych ośrodkach jest też mniej mieszkańców i inne (mniejsze) potrzeby. Wciąż wydaje się to jednak mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że pozostałe 99% budżetu miasta już nie jest tak bacznie monitorowane. I możemy mieć tu do czynienia z PR-owym maskowaniem poczynań władzy poprzez ten 1% oddany do dyspozycji mieszkańców. Ponadto, tak jak wspomniałaś, wiele projektów biorących udział w głosowaniach to sprawy, które powinny wychodzić z inicjatywy samorządów i powinny być finansowane z tych 99% budżetu. Czyli PR-owo idea budżetu partycypacyjnego funkcjonuje bardzo dobrze, ale generuje też swoiste problemy lub nie działa tak, jak powinna.

Tak, też tak uważam. Jeszcze co do tej kwoty – myślę, że nawet gdybyśmy zwiększyli budżet partycypacyjny do 20% budżetu miasta, to nie pozbylibyśmy się tych nieprawidłowości, które już teraz wystąpiły. Myślę, że jest to problem systemowy.

fot. Jacek Dylak

Przejdźmy teraz do felietonu, który napisałaś na temat pewnego projektu w ramach budżetu obywatelskiego w Warszawie. W tym przypadku doszło do paradoksalnej sytuacji, w której projekt obywatelski wywołał konflikt pomiędzy grupami mieszkańców. Chodzi o plac zabaw, który miał powstać w Parku Dolinka Służewiecka w Warszawie. Projekt zgłoszono w ramach ogólnomiejskiego budżetu partycypacyjnego, czyli mógł go zgłosić ktoś, kto nawet nie musiał być mieszkańcem dzielnicy Mokotów, czy też mieszkać nieopodal miejsca realizacji tej budowy. Zanim o samym placu zabaw, porozmawiajmy o wyzwaniach, jakie mogą powstawać z powodu tego, że budżet partycypacyjny nie ogranicza się już do danej dzielnicy, a każdy mieszkaniec może zgłaszać projekty w dowolnej części miasta.

Trzeba powiedzieć, że to podejście ma też swoje dobre strony – można zgłosić projekt w dzielnicy, w której się pracuje, czy w której dziecko chodzi do szkoły. Ten mechanizm zakłada większą elastyczność. Choć jak każdy mechanizm – nie jest pozbawiony wad. Jedną z nich są konflikty pomiędzy mieszkańcami. Natomiast sam pomysł projektów ogólnomiejskich funkcjonuje w Warszawie od niedawna, a konflikty zdarzały się już wcześniej w ramach projektów dzielnicowych. Okazuje się, że nawet jeżeli autor pochodzi z dzielnicy, w której złożył projekt, to nie wszyscy jego sąsiedzi wiedzą, że w ogóle istnieje coś takiego jak budżet partycypacyjny. Nie wszyscy głosują, nie wszyscy zgadzają się z danym projektem, a później okazuje się, że to, co wybrano, budzi bardzo duże niezadowolenie. Wracając do placu zabaw – był to przykład wyjątkowo głośnego konfliktu, którym zainteresowały się media. I rzeczywiście był to przykład osoby z zupełnie innej dzielnicy, która zgłosiła projekt ogólnomiejski, w którym to podała kilka możliwych lokalizacji placu zabaw – w tym we wspomnianym parku. Mieszkańcy zareagowali oburzeniem, ponieważ ich zdaniem ów park posiada wiele walorów przyrodniczych – występuje tam wiele gatunków zwierząt i roślinności. Według nich wprowadzenie tam zabudowy w typie placu zabaw zupełnie nie przystaje do charakteru tego miejsca. Konflikt trwał długo, a władze zajęły stanowisko, że procedura budżetu partycypacyjnego jest wiążąca, więc trzeba przegłosowany projekt zrealizować.

Ostatecznie plac zabaw powstał. Istotne jest to, że narzędzie, które miało aktywizować mieszkańców, wzmacniać zaufanie do samorządu, budować identyfikację ze społecznością lokalną, wygenerowało potężny konflikt. A jest to tylko jeden z przykładów tego typu sytuacji (z których większość nie była tak medialna). Słyszałam też o podobnych konfliktach na Pradze i na Ursynowie. W tym ostatnim przypadku udało się zatrzymać realizację projektu. Pokazuje to, że – pomimo dobrej woli i przepisów nastawionych na inkluzywność – mechanizm budżetu partycypacyjnego ma swoje mankamenty. Przy czym trudno jest wymyślić formułę, która pozwoliłaby na uniknięcie tego typu sporów.

I to są właśnie sytuacje, które zainspirowały mnie do naszej rozmowy i do tego, żeby pochylić się nad „ciemną stroną” budżetu partycypacyjnego. Mamy narzędzie, które w założeniu ma przybliżyć mieszkańców do współdecydowania w sprawach miast, a okazuje się, że może wywoływać spór pomiędzy nimi. W przypadku wspomnianego placu zabaw głosowało nań 11 000 osób, zaś petycję przeciw temu projektowi podpisało około 2000. Konflikt objął więc kilka-kilkanaście tysięcy mieszkańców. Czy nie uważasz, że ów przepis o obowiązku realizacji projektu z budżetu obywatelskiego to spory błąd?

Boję się, że brak tego przepisu otworzyłby furtkę do wielu innych przeszkód w realizacji projektów. Jest jeszcze jeden powód malejącego zainteresowania budżetem obywatelskim i niskiej frekwencji w głosowaniach – w wielu przypadkach przegłosowane projekty nie były realizowane. Sama jestem autorką takiego projektu, który przez długi czas nie był realizowany – nie doczekał się on realizacji ani w roku głosowania (głosuje się na następny rok kalendarzowy), ani w kolejnym. Ponadto okazywało się też, że niektóre projekty były wykonywane źle. Nie twierdzę, że winny jest urząd czy konkretne osoby, bo trudności może być wiele. Sama procedura ogranicza się do jednego roku, w którym może przydarzyć się kryzys finansowy, pandemia, albo nie uda się wyłonić wykonawcy danego projektu, albo same prace administracyjne trwają zbyt długo, przez co nie dochodzi do realizacji. Są to racjonalne powody. Jednak brak realizacji zawsze budzi zdziwienie projektodawców, co bardzo podważa zaufanie do całego mechanizmu. W przypadku owego placu zabaw – mamy duży konflikt, mieszkańcy sami chcą odstąpić od projektu, a okazuje się, że się nie da. Może to budzić bardzo negatywne emocje.

Zdecydowanie musi to powodować frustrację – mieszkańcy znowu czują się pozbawieni sprawczości. Z jednej strony oddaje im się takie narzędzie, z drugiej – używa się tego narzędzia niejako wbrew woli danej grupy mieszkańców. Czy to może być jeden z powodów spadku popularności budżetu partycypacyjnego? Wspomniałaś, że jesteś autorką projektu obywatelskiego, który nie został zrealizowany. To musi być frustrujące, gdy wkłada się w coś mnóstwo czasu i pracy (trzeba taki projekt napisać, zaplanować, zgłosić, wypromować), a potem nie widzi się efektu. Czy Ciebie, jako autorkę, ta sytuacja zniechęciła do składania kolejnych projektów?

Ostatecznie projekt doczekał się realizacji. Kontaktowałam się wielokrotnie z urzędnikami, żeby się dowiedzieć, co stało na przeszkodzie. Ale słyszałam od innych osób, że nie zawsze ten kontakt wygląda dobrze, i że nie zawsze informuje się projektodawców o postępach czy problemach w procedowaniu złożonych przez nich projektów. Często też nie angażuje się autorów w realizację. Czasem wręcz projekt jest oddawany do użytku, a projektodawców nie zaprasza się na jego prezentację. To też bardzo zniechęca. Ale z drugiej strony słyszałam także, że często urzędnicy są obciążeni projektami obywatelskimi. Być może uległo to zmianie, ale jeszcze parę lat temu budżet partycypacyjny to była dla nich po prostu dodatkowa praca, często czasochłonna. Teraz już chyba są odrębne osoby, które się tymi projektami zajmują. Nie chcę też, by cała nasza rozmowa skupiła się na negatywnych aspektach budżetu partycypacyjnego. Chcę podkreślić, że bardzo dużo pozytywnych zmian w przestrzeni miejskiej, między innymi Warszawy, pojawiło się dzięki projektom obywatelskim. Oczywiście warto jest rozmawiać o trudnościach, by szukać rozwiązań. Nie przekreślałabym jednak całego tego mechanizmu.

Fot. studiomiessen.com

Zdecydowanie tak – budżet partycypacyjny ma wiele zalet. Zmierzając już ku podsumowaniu, powiedz, jak według Ciebie wygląda przyszłość budżetu partycypacyjnego w Polsce? Czy myślisz, że ludzie jednak odzyskają wiarę w to narzędzie, czy raczej będziemy obserwować dalszy spadek zaangażowania?

Nie chcę tutaj prorokować – nie wiemy, jak sprawy się potoczą choćby w związku z obecnymi zmianami w sferze finansowej w naszym kraju, dotyczącymi finansowania samorządów. Mówiono, że budżet partycypacyjny ucierpi na tym najbardziej. Abstrahując od tego, sądzę przede wszystkim, że budżet jest potrzebny. Jest to sposób dopasowywania działania instytucji do potrzeb mieszkańców. To także forma konsultacji społecznej. Jest to więc źródło wiedzy o tym, jakie mieszkańcy mają potrzeby. Widzę też duże pole do realizacji projektów „miękkich”. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale budżet partycypacyjny to nie tylko działania infrastrukturalne takie jak stawianie ławek, remont drogi czy chodnika lub budowa ścieżek rowerowych. Można też zgłaszać projekty „miękkie” – szkolenia, kursy, wydarzenia. Moim zdaniem to także jest pole do wykorzystania środków z budżetu. A nie wchodzi to w konflikt z ograniczoną przestrzenią w mieście jak np. nasadzenia drzew. Myślę, że budżet obywatelski powinien być wciąż udoskonalany, a włodarze powinni reagować, gdy widzą trudności, braki czy problemy, które wynikają z obecnego modelu tego narzędzia. Należy dopasowywać mechanizm do zmieniających się potrzeb mieszkańców i miast.

A jak Twoim zdaniem moglibyśmy lepiej promować budżet partycypacyjny? Jak już wspomnieliśmy, fala największego entuzjazmu wywołanego tą ideą jest już za nami, a jednak wciąż nie jest to narzędzie dostępne w każdym kraju i w każdym mieście. Zdziwiłem się nawet przeglądając statystyki sprzed kilku lat – budżet obejmował około 1500-2000 miast. Wydawało mi się, że to takie dobre, bardzo naturalne narzędzie, które powinno funkcjonować wszędzie. A jednak tak nie jest. Jak Twoim zdaniem moglibyśmy (oczywiście ucząc się na błędach popełnionych w tym procesie) docierać do nowych rzesz mieszkańców i do nowych grup wiekowych? Bo jeśli np. głosowanie odbywa się online, to część osób jest wykluczona ze współdecydowania.

Gdybym znała odpowiedź, to już dawno poszłabym do mediów i do samorządów i próbowała zaproponować im taką promocję. Myślę, że – tak jak w przypadku różnego typu akcji edukacyjnych – jest to wyzwanie. Chociaż sądzę, że urzędy w większości przypadków umożliwiają też głosowanie papierowe (jeśli mówimy o wykluczeniu cyfrowym). Niedawno uczestniczyłam w spotkaniu, na które przygotowałam krótką prezentację na temat budżetu partycypacyjnego. W spotkaniu brały udział osoby związane z uczelniami wyższymi w mieście. Miała to być angażująca prezentacja, więc przeprowadziłam w jej trakcie mały sondaż – każdy z uczestników został zapytany o to, czy głosował w budżecie partycypacyjnym w Warszawie lub w innym mieście. Ku mojemu zaskoczeniu zdecydowana większość odpowiedziała „nie”. Było to dla mnie bardzo szokujące, ponieważ myślałam, że głosowanie na projekty jest czymś powszechnym. Okazało się, że być może żyję w bańce informacyjnej, a także, że ludzie nie mają świadomości, że coś takiego jak głosowanie w budżecie obywatelskim ma miejsce. Zrozumiałam, że promocja tego narzędzia wciąż nie dociera do wszystkich i należy nad nią popracować. Wciąż trzeba próbować dotrzeć do ludzi i zachęcać ich do głosowania, nie mówiąc o składaniu projektów. 

Taka szeroko zakrojona promocja jest kosztowna. Może lepiej te pieniądze przeznaczyć na same projekty? Te zaś też muszą w jakiś sposób trafić do mieszkańców, żeby mogli na nie głosować. Jest to wyzwanie organizacyjne – jak tym wszystkim zarządzać, by było jak najefektywniej.

Dodam jeszcze, że znaczną część projektów składają osoby aktywne społecznie – działające w organizacjach pozarządowych, spółdzielniach, radach rodziców. Te osoby są bardziej obyte z pisaniem i promowaniem projektów, mają więc na starcie przewagę nad innymi. Jest to kolejne wyzwanie, z którym trzeba się zmierzyć.

Podsumowując: projekty powstają, mieszkańcy głosują, w miastach pojawiają się nowe dobre przedsięwzięcia – remonty, mała architektura, zieleń, czy też projekty „miękkie”. To wszystko, pomimo wspomnianych w dyskusji mankamentów, rozwija się w dobrą stronę. Mimo negatywnego wydźwięku tytułu tej rozmowy, w ogólnym rozrachunku jesteśmy w stanie powiedzieć wiele o „jasnej stronie” budżetu partycypacyjnego. Na zakończenie chciałbym Cię prosić o polecenie książki nawiązującej do tematyki naszej rozmowy.

Wspomnieliśmy już dziś o „Koszmarze partycypacji” Markusa Miessena – myślę, że to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się partycypacją w mieście. Oprócz tego chciałabym polecić wszystkim mieszkańcom i mieszkankom Warszawy… budżet obywatelski, bo aktualnie trwa proces składania projektów [do 26 stycznia 2022]. Oprócz lektury papierowej można zajrzeć do internetu, przejrzeć zgłoszone projekty.

Bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę. Cieszę się, że uniknęliśmy jednoznacznie negatywnego wydźwięku.

Ja również bardzo Ci dziękuję. Było mi bardzo miło.


Dr Justyna Kościńska — to socjolożka, aktywistka miejska, a także członkini Stowarzyszenia MJN, a oprócz tego, doktor nauk społecznych i adiunkt w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) na Uniwersytecie Warszawskim.

A jeśli chcesz posłuchać naszej rozmowy z Justyną, możesz zrobić to poniżej:

Możesz też zapisać się na Urb_list, aby być na bieżąco z nowymi odcinkami i miejskimi smaczkami:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.